Pragnienie służenia Bogu w codzienności świata

Moja droga do Pana Boga rozpoczęła się w domu rodzinnym, gdzie otrzymałem katolickie wychowanie. Jak wielu moich rówieśników, ja także widziałem swoją drogę życiową w małżeństwie. Wiązałem ją z głębokim zaangażowaniem w życie Kościoła, co skłoniło mnie do aktywnego uczestnictwa w programie Ruchu Światło-Życie. Mawiałem wtedy, że chciałbym zostać „świeckim księdzem”, co oznaczać miało pragnienie głębokiego życia duchowego i apostolskiego, przy jednoczesnym dzieleniu codziennych trosk i radości życia osób świeckich. To pragnienie wypełniło się w sposób dla mnie niespodziewany.

Rekolekcje ignacjańskie, do których zachęcono mnie podczas studiów w Instytucie Studiów nad Rodziną, pozwoliły mi odczytać, ku memu zdumieniu, pragnienie życia w dziewictwie, a nie w małżeństwie! Niełatwym było wyjawienie tego odkrycia bliskiej mi dziewczynie, z którą zamierzaliśmy iść ku małżeństwu. Nadal jednak nie wiedziałem, jaką konkretną formę ma przybrać moje dalsze życie. Poszukiwania trwały przez kolejne miesiące. Pan Bóg stopniowo odsłaniał mi swoje zamiary na modlitwie, poprzez ludzi oraz przez wydarzenia.

Podczas studiów zetknąłem się z członkami Instytutu Świętej Rodziny, żyjącymi charyzmatem ratowania rodzin poprzez Świętą Rodzinę. Pewnego wieczoru, w przededniu święta Świętej Rodziny, podczas rekolekcji odprawianych w Instytucie usłyszałem wewnętrzne zaproszenie Pana do wejścia na tę drogę życia. Poznałem wówczas niezwykłych ludzi, których pragnienia były podobne, a praktykowana przez nich forma życia oddanego Panu Bogu, a zarazem życia w świecie okazała się Bożą odpowiedzią na pytanie, które gościło w mym sercu. Zobaczyłem możliwość realizowania życia ewangelicznego i naśladowania Pana Jezusa bez habitu, klauzury, klasztoru czy plebanii. Tak właśnie, jak żyła Święta Rodzina z Nazaret.

Odkrycie takiej drogi wzbudziło we mnie wielką radość i wdzięczność wobec Pana Boga za taki dar! Mój wybór nie zawsze spotykał się ze zrozumieniem nawet wśród znajomych duchownych. Zdarzyło się nawet, że ktoś z kręgów kościelnych zawyrokował: „To znaczy, że nie będziesz ani porządnym ojcem rodziny, ani księdzem”. A jednak Pan, który wlał w moje serce tak nietypowe pragnienia, wskazał zarazem drogę ich realizacji.

Z drogi prowadzącej w moich zamiarach ku małżeństwu wszedłem na drogę życia konsekrowanego w świecie. Byłem zdumiony, gdy zrozumiałem, że Pan chce, abym w takim powołaniu służył właśnie małżeństwu i rodzinie. Zobaczyłem, jak osoby konsekrowane służąc rodzinom umacniają je w ich powołaniu, a zarazem rodziny umacniają osoby konsekrowane przykładem swojej wierności i miłości. Tak realizuje się Boży zamysł harmonii powołań, bez niepotrzebnych uprzedzeń czy lęków. Ojciec Święty Jan Paweł II uczy, że oba powołania „są konkretnym wypełnieniem najgłębszej prawdy o człowieku, o jego istnieniu «na obraz Boży»” (FC 11).

Po wieloletniej formacji w Instytucie Świętej Rodziny złożyłem śluby wieczyste. Kroczę już od wielu lat po tej drodze i widzę, że Duch Święty stale zaskakuje mnie, korygując moje wyobrażenia, i nie pozwala, abym zatrzymywał się w dążeniu do jak najlepszego realizowania rad ewangelicznych. Zadania apostolskie (praca z młodzieżą, nowoczesne media) stawiają nowe wyzwania i uczą odczytywania znaków czasu we współczesnym świecie.

Wierność radom ewangelicznym jest źródłem wolności i radości serca. Zaskakuje ona wielu, ale cena wierności jest proporcjonalna do wartości odkrytej perły. Życie codzienne pośród braci i sióstr przynosi wiele pięknych chwil, ale też boleśnie uświadamia mi moje braki. Jednak Pan mnie podtrzymuje, gdyż „moc w słabości się doskonali”. Doświadczając słabości, szukam pomocy u Pana, licząc stale na Niego, a nie na siebie. Pokonywanie przeciwności w życiu, także zawodowym (pracuję na polu wydawniczym, a zarazem piszę pracę doktorską), jest chlebem powszednim ludzi żyjących w świecie i dzięki temu jeszcze bardziej ich rozumiem. Umocnienie przychodzi w codziennej Eucharystii, która jest koniecznym pokarmem, „aby nie ustać w drodze” i zarazem szkołą miłości, która uczy mnie zapominania o sobie i wydawania siebie tak bardzo potrzebującym dziś pomocy rodzinom.

Dariusz

Pan Jezus zaprosił mnie do Swojej Rodziny

W moim życiu była zawsze bardzo obecna Matka Boża, szczególnie w wizerunku Jasnogórskim. Będąc dzieckiem darzyłam ogromnym szacunkiem kapłanów i siostry zakonne. Habit czy sutanna były dla mnie świętością. Mając 13 lat wzięłam udział w rekolekcjach oazowych. Tam po raz pierwszy zrodziło się we mnie pragnienie oddania swego życia Chrystusowi. Kiedy o tym mówiłam, wszyscy się ze mnie śmiali, mówiąc że są to moje dziecinne marzenia.

Pielęgnowanie tego wezwania dla mnie samej nie było łatwe, gdyż w moim domu odkąd pamiętam był alkohol. Początkowo pił tylko tata, po jakimś czasie dołączyła również mama, a na końcu mój starszy brat, który jako dziecko zarzekał się, że nigdy nie będzie pił.

Mimo tego zawsze byłam pewna miłości moich rodziców, a przynajmniej tak mi się wydawało, zaczęłam jednak wątpić w miłość Pana Boga; myślałam sobie – jak On może doświadczać mnie tak boleśnie. Coraz częściej pojawiało się pytanie: DLACZEGO? Pytanie, na które nie szukałam odpowiedzi. Zaczęłam oddalać się od Pana Boga, aż w końcu przestałam się modlić, ograniczałam się tylko do niedzielnej Mszy Świętej.

Po kilku latach takiego „dryfowania” Pan Jezus zapukał mocniej do mego serca. Pewnego dnia Ksiądz z mojej parafii zaprosił mnie na rekolekcje, które były prowadzone na wzór rekolekcji Odnowy w Duchu Świętym. Tam na tych rekolekcjach runęły wszystkie mury, jakie wokół siebie tak starannie budowałam. Tam usłyszałam słowa, że całe moje życie było szukaniem Miłości, i że właśnie Ją znalazłam.

Za kilka lat ten sam Ksiądz zaproponował mi studia w Instytucie Studiów nad Rodziną i tu zaczął się prostować mój skrzywiony obraz rodziny. Po roku studiów usłyszałam wyraźne wołanie Pana Jezusa: „Pójdź za Mną”. Wtedy już wiedziałam, że chcę służyć rodzinie. Po odbytych rekolekcjach ignacjańskich z miłością odpowiedziałam Panu Jezusowi na Jego wołanie. Będąc już we Wspólnocie ciągle brzmiały mi w uszach usłyszane kiedyś słowa, że jak córka poświęca swoje życie Panu Bogu, to jej miejsce w domu zajmuje Matka Boża. Nie mogłam tego pojąć, jak Maryja może zamieszkać w moim rodzinnym domu. Dziś jestem pewna, że zamieszkała tam Matka Boża Bolesna, która jest także Królową ognisk rodzinnych i odmienia moją rodzinę od wewnątrz.Zaczyna do mnie powoli docierać, jak wielkie mam szczęście, jak bardzo Pan Jezus mnie obdarował, zaprosił mnie do swojej Rodziny. Dziś mieszkam w najpiękniejszym Domu – w Domu Świętej Rodziny, w zaciszu Nazaretu. Chyba nie może być piękniejszego zaproszenia.

Iwona